Pechowa jazda
W małej miejscowości dawnego województwa kieleckiego nie było zbyt wielu wydarzeń, które poruszałyby opinię publiczną. Nie było jeszcze wówczas rozbojów, nie grasowały gangi, a słowo narkotyk znane było tylko nielicznym czytelnikom kryminałów.
Ostatnio uwagę bywalców miejscowej gospody Gminnej Spółdzielni, którzy gromadzili się tam wieczorami, zaprzątał spór między znanymi rodzinami „o ziemię". Spór ten ciągnął się latami, lecz ostatnio zaczęły się pogróżki w rodzaju „już z nimi zrobimy porządek" albo „ich koniec już jest bliski". Groźby te wypowiadane w coraz ostrzejszej formie w obecności osób trzecich wzbudzały komentarz bywalców gospody, którzy w zależności od sympatii i antypatii typowali (po wypiciu kilku kieliszków) zwycięzcę sporu.
Tym większe poruszenie i komentarze wzbudziło zatrzymanie i wyprowadzenie przez milicję z baru jednego z autorów tych pogróżek. Okazało się jednak na drugi dzień, że chodziło o spowodowanie śmiertelnego wypadku drogowego, którego ofiarą padła osoba z obozu przeciwnego niż sprawca tego wypadku.
W gospodzie znowu bywalcy podzielili się na dwa obozy. - Przejechał go celowo, umyślnie - mówili jedni. - To niemożliwe - replikowali drudzy. - Z zimną krwią nie można człowieka przejechać. (Co innego pobić sztachetą, jak to było wówczas w zwyczaju, ale żeby wjechać samochodem na leżącą osobę, tego by nikt świadomie nie uczynił).
Nie znałem tych antagonizmów, zlecono mi tylko obronę człowieka, który spowodował wypadek drogowy i miałem z nim za chwilę się spotkać w areszcie, aby omówić obronę w tej sprawie.
- Panie mecenasie! Ja nie wiedziałem, że przejechałem człowieka. Wydawało mi się, że na jezdni, którą ledwo widziałem, leżało coś w rodzaju snopka słomy, który spadł z wozu przejeżdżającego wcześniej.
Tak opisywał mi zdarzenie oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku drogowego kierowca podczas spotkania w kieleckim areszcie śledczym.
- Nie piłem wcześniej alkoholu! Zatrzymany zostałem już po odprowadzeniu samochodu na plac postojowy w firmie i dopiero wówczas w miejscowym barze siedzieliśmy w gronie kolegów pijąc. Gdybym wiedział, że na jezdni leży człowiek to ominąłbym go szerokim łukiem, tym bardziej, że jak się później okazało, pochodził on z rodziny, której członkowie nie darzą nas sympatią z racji wcześniejszych sporów o ziemię.
Jednakże te argumenty przedstawiane przez oskarżonego prokuratorowi nie przekonały go i do miejscowego sądu wpłynął akt oskarżenia, w którym przedstawiono mojemu klientowi zarzut rażącego naruszenia przepisów ruchu drogowego przez prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości i doprowadzenie do wypadku, w którym zginął człowiek. Uzasadniając ten zarzut prokuratura uznała zachowanie oskarżonego za wybitnie naganne ze względu na duże stężenie alkoholu we krwi, porzucenie ofiary wypadku na jezdni i zamiast wezwania pomocy medycznej, biesiadowanie w gronie kolegów.
Rozprawa wzbudziła wielki zainteresowanie w miasteczku, gdzie nieomal wszyscy się znają.
Stawiła się do sadu pogrążona w żalu rodzina ofiary wypadku, która nie szczędziła przed sądem gróźb pod adresem oskarżonego, zarzucając mu celowe przejechanie Jurka (tak miał na imię mężczyzna, który poniósł śmierci wypadku).
Z kolei rodzina oskarżonego, jego zapłakana żona i rodzice, oczekiwali z niepokojem werdyktu sądu.
Oskarżony potwierdził swoje wyjaśnienia z dochodzenia. Powiedział, że starał się jezdnię obserwować, lecz padający deszcz i ciemności na drodze tę widoczność mu utrudniały. Zaprzeczył, aby przed wypadkiem pił alkohol. Rozprawa została przerwana i przełożona na inny termin, gdyż nie stawił się jeden ze świadków i ta przerwa okazał się zbawienna dla oskarżonego.
Na kilka dni przed kolejnym terminem zadzwonił do mnie nieznajomy mężczyzna, który nie chciał podać swego nazwiska.
- Czy pan wie, mecenasie, że Jurek poprzedniego dnia przed zdarzeniem brał udział w zabawie, gdzie został bardzo dotkliwie pobity? Uczestnicy zabawy musieli go z niej usunąć.
Na pytanie, co się dalej z Jurkiem stało, rozmówca nie udzielił odpowiedzi i odłożył słuchawkę.
Zacząłem się zastanawiać nad rozmową, którą przed chwilą odbyłem z nieznajomym mężczyzną. Dlaczego przekazał mi tę informację? Jakie znaczenie w sprawie o wypadek drogowy mogły mieć przekazane wiadomości?
Zapytane przeze mnie osoby z rodziny klienta potwierdziły, że rzeczywiście poprzedniego dnia odbyła się zabawa i faktycznie Jurek został dotkliwie pobity. Co dalej robił po zakończeniu imprezy, tego nie udało się ustalić.
Po weryfikacji wiadomości o pobiciu denata na zabawie, przyszła mi do głowy następująca myśl: może pobicie doprowadziło do zgonu i mój klient przejechał osobę zmarłą?
Hipoteza, w pierwszej chwili niewiarygodna, nie dawała mi spokoju i złożyłem do sądu wniosek o dopuszczenie dowodu z opinii biegłych, celem wypowiedzenia się co do przyczyn zgonu zmarłego Jurka.
Po wyznaczeniu rozprawy stawili się biegli z Zakładu Medycyny Sądowej i wydali opinię, która zmieniła w sposób diametralny tok sprawy.
Wyjaśnili sądowi, że na podstawie oględzin zwłok i dokładnego zbadania ran, które były na ciele denata, trzeba przyjąć, że zgon nastąpił kilka godzin przed przejechaniem Jurka przez samochód. Człowiek, leżący z poważnymi ranami na zimnym podłożu w temperaturze bliskiej zeru przez kilka godzin, zmarł na skutek wyziębienia. Do zgonu przyczynił się też wypity na zabawie alkohol, bowiem rozszerzył rany i wyziębienie organizmu nastąpiło w przyspieszonym tempie.
Kiedy okazało się nadto, że oskarżony rzeczywiście pił alkohol dopiero po wypadku, sąd nie miał wątpliwości, iż winy memu klientowi przypisać nie można nawet w zakresie prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwym.
Po uniewinniającym wyroku nastroje się zmieniły, oskarżony został zwolniony z aresztu i znalazł się w ramionach szlochającej ze szczęścia żony.
Rodzina Jurka w milczeniu opuszczała salę sądową. Na korytarzu wyrażali swoje wątpliwości, co do bezstronności biegłych. Mówili o przekupstwie, że „sprawa została załatwiona". Patrzyli na mnie wzrokiem osób, które posądzają mnie o najgorsze. Te spojrzenia jeszcze raz uzmysłowiły mi, jak trudną rzeczą jest wymierzenie sprawiedliwości i jaka ogromna odpowiedzialność ciąży na Sądzie, który tę sprawiedliwość ma wymierzyć.
Publikowany tekst pochodzi ze zbioru wspomnień „Trochę o sprawiedliwości, dawnej adwokaturze i życiu" autorstwa adwokata Stanisława Szufla. Książka została wydana nakładem autora, a dochód z jej sprzedaży w całości zostaje przeznaczony na potrzeby hospicjum dla dzieci i dorosłych. Zainteresowanych kupnem publikacji prosimy o kontakt z kancelarią adwokacką pod numerem telefonu 041-368-1098 lub 0502-253-060.