Sprawiedliwości nie stało się zadość
Mecenas Jacek Dubois opowiedział nam taką oto historię, która wydarzyła się niedawno.
Rzecz działa się w Warszawie. Trzech młodzieńców po spędzeniu wieczoru w barze "Bolek" na Polu Mokotowskim wracało do domu taksówką. Gdy wysiedli, zostali zatrzymani przez policję. Rozpoczęła się procedura sprawdzania dokumentów. Trwała on prawie pół godziny. Młodzi ludzie zażądali puszczenia ich do domów. Policjanci uznali, że to oni decydują kogo i kiedy puścić. Chłopcy wyrazili swój pogląd na pracę policji. Niepotrzebnie.
Jeden z młodzieńców postanowił zadzwonić po drugi radiowóz. Policjant wytrącił mu aparat z ręki. Gdy chłopak schylił się po telefon, jeden z policjantów wyciągnął pistolet i wystrzelił w górę, krzycząc, że jeżeli nie podniosą rąk, będzie strzelał. Po chwili nadjechały kolejne radiowozy.
Przybyła odsiecz... dla policjantów. Rozpoczęła się jatka. Chłopcy posłużyli za worki bokserskie. Młodzieńcy byli rzucani na ziemię, kopani, bici. Następnie skuto ich kajdankami i odwieziono na komisariat. Tu nastąpiły kolejne rundy jednostronnego pojedynku.
Następnego dnia przedstawiono młodzieńcom zarzuty, z których wynikało, że znieważyli policjantów, grozili nożem, stawiali opór przy zatrzymaniu i posiadali narkotyki. Zarzuty podchwyciła prasa. Z artykułu zamieszczonego w kilka dni później wynikało, że mokotowska policja odniosła duży sukces, zatrzymując przestępców, którzy zachowywali się w sposób chuligański: oddawali mocz na trawnik, dokonali napaści na policjantów.
Młodzi ludzie postanowili szukać pomocy. Złożyli w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez policjantów. Prokuratura skierowała przeciw... chłopcom akt oskarżenia.
Sąd zbadał dokładnie sprawę. Okazało się, że chłopcy nie posiadali noża, nie mogli, więc grozić nim nikomu. Odnaleziono taksówkarza, który widział cale zdarzenie i potwierdził wersję chłopców. Stwierdzono też, że chłopcy istotnie usiłowali wezwać drugi radiowóz - trudno się spodziewać takiego działania, gdyby to oni napadli na funkcjonariuszy. Okazało się też, że nie mogli trzymać narkotyków w paczce papierosów, gdyż żaden z nich nie palił.
Młodzieńcy udowodnili też, że cieszą się dobrą opinią. Pokazali wyniki obdukcji, z których wynikało, że mieli obrażenia na całym ciele. Przedstawili badanie na wariografie, które wykluczało napaść na policję i posiadanie narkotyków.
Mimo iż policjanci twierdzili, że chłopcy na ich widok zaczęli walić głowami o chodnik, dokonując samouszkodzeń; mimo iż prokurator wystąpił o kary więzienia dla chłopców - sąd dał wiarę oskarżonym. Prokurator zażądał uzasadnienia wyroku na piśmie. Można by więc domniemywać, iż zamierzał wytoczyć sprawę policjantom. Skończyło się jednak tylko na przeczytaniu przez prokuratora uzasadnienia. Policjantom, którzy bili, kłamali, podrzucali fałszywe dowody nie spadł włos z głowy.
Mecenas Dubois nazwał swoją historię - optymistyczną; wszak niewinni nie trafili do więzienia. Doceniam przewrotne poczucie humoru pana mecenasa. Nie wiem tylko czemu przypomina mi się stary dowcip: Dzierżyński zatrzymuje się przy grupce malutkich dziewczynek. Sięga do kieszeni i częstuje je cukierkami. Ludzki pan - myśli jego adiutant - poczęstował, a przecież mógł zastrzelić.
Z mecenasem Dubois rozmawiał Franciszek Biernacki